Sezon koronaogórkowy


Przeglądanie mediów sportowych w ostatnich tygodniach jest zajęciem dużo bardziej abstrakcyjnym niż wcześniej. Co prawda same media sportowe wciąż istnieją, ale mają zadanie niezmiernie trudne, gdyż muszą informować o czymś, czego nie ma. Dlatego z jednej strony mamy potężną dawkę wszelkiej maści materiałów archiwalnych, a z drugiej wróżenia z fusów. I choć z niedawnych zapowiedzi premiera wynika, że jest szansa, by ten stan rzeczy zaczął się jeszcze w maju zmieniać, to na pewno nie będzie to od razu razu dawka wystarczająca. Co prawda taka postawa mediów sportowych jest w dużej mierze do wytłumaczenia, ale niekiedy prezentują ją aż do przesady.

Skrzętnie wykorzystał to prezes PZPN Zbigniew Boniek, który w jednej z wypowiedzi zasugerował, że choć piłkarskie Mistrzostwa Europy zostały przesunięte na przyszły rok, to selekcjonerem naszej kadry podczas tej imprezy wcale nie musi być Jerzy Brzęczek. Dał przy tym do zrozumienia, że decydować będą o tym jesienne mecze reprezentacji w Lidze Narodów. Mediom więcej nie było trzeba – burza rozpętała się praktycznie od razu. Jedni stwierdzili, że skoro Brzęczek awans na EURO wywalczył, to bezwzględnie powinien dotrwać do mistrzostw. Inni podkreślali, że ów awans w porywającym stylu wywalczony nie został, a w ogóle do turnieju mistrzowskiego jeszcze zbyt wiele wody w (wysuszonej) Wiśle upłynie, żeby z całą pewnością mówić, że Brzęczek będzie gotowy na tak wielkie wyzwanie. I tak sobie obie grupy słodko gaworzyły nie bacząc na rzecz najistotniejszą. Otóż bez względu na to czy mecze w Lidze Narodów będą weryfikacją Jerzego Brzęczka, czy nie, najpierw muszą się w ogóle odbyć. Tymczasem sam Zbigniew Boniek w tamtej wypowiedzi wyraził opinię, że problemy z dokończeniem obecnego sezonu będą większe niż zakładamy, co odbije się na rozpoczęciu sezonu kolejnego, w tym przede wszystkim na terminach przeznaczonych dla reprezentacji narodowych. Ergo – Liga Narodów w tym roku najprawdopodobniej nie zagra wcale. I tyle z całej debaty o przewidywanych dalszych losach Jerzego Brzęczka.

Inny temat – nieco mniejszego kalibru – to przewidywany transfer Arkadiusza Milika. Naszemu reprezentacyjnemu napastnikowi za rok kończy się kontrakt w Napoli, tak więc najbliższe lato będzie ostatnią okazją, by go sprzedać za jakieś pieniądze. Tymczasem wedle mediów sportowych z całej Europy, wychowanka Rozwoju Katowice chce jakieś pół Starego Kontynentu, na czele z Juventusem Turyn, Atletico Madryt i Borussią Dortmund. Z tego powodu polscy „mejweni” potrafią marszczyć czoło i publicznie przez naprawdę długi czas rozważać, dokąd powinien pójść narzeczony Jessiki Ziółek i na jakiej pozycji w nowym klubie grać. Sensu ma to w sobie jeszcze mniej od poważnego traktowania zapowiedzi dalszego przebiegu epidemii koronawirusa w Polsce, jakie padają z ust naszego ministra zdrowia, ale publika jest czymś zajęta.

Podałem przykłady ze sportu, ale to po prostu dziedzina, w której problem, o którym piszę, jest widoczny w sposób najbardziej jaskrawy. Tymczasem obecnie w zasadzie każde omawianie codzienności ma w sobie coś z klasycznego sezonu ogórkowego. Jedni się prześcigają w opracowywaniu atrakcyjnych wzorów na maseczkach, inni opowiadają co robią podczas kwarantanny, czyli jakie imitacje normalnych czynności udaje im się wymyślić, a jeszcze inni starają się od tego wszystkiego odciąć. To też nie jest proste, bo wówczas człowiekowi pozostaje jedynie samotność. I to taka, którą przerwać trudniej niż zwykle.

Zamość onLine / 2020-04-30