Szukanie prawdy wbrew prawdzie


To, że żyjemy w ostatnich tygodniach w czasie bardzo specyficznym, jest już wręcz banałem. Jednakże muszę przyznać, że w tych wszystkich okropnościach natury obiektywnej najbardziej niepokojące dla mnie jest zjawisko, które nie należy do pierwszoplanowych. Nie jest nim więc ani nadciągający kryzys finansowy, ani zdradliwa specyfika koronawirusa, ani nawet perspektywa drakońskich obostrzeń mogących obowiązywać co najmniej do przyszłego roku, których symbolem będzie wychodzenie z domu w maseczce na twarzy. Zjawisko, o którym chcę dziś napisać, nie jest zresztą nowością w dziejach świata, ale można je dostrzec w zasadzie na każdym kroku. O ile chce się tego dokonać. Ostatnie stwierdzenie ma tu kluczowy charakter. Cała sztuka bowiem polega na łączeniu faktów, a wcześniej na ich odpowiednim konstruowaniu.

Na początku lat 90-tych ubiegłego wieku w piątkowe poranki TVP1 emitowała amerykański program, którego wówczas najpierw nie rozumiałem kompletnie, potem zaczynałem stopniowo pojmować, a w końcu najważniejszy jego przekaz stał się zrozumiały nawet dla mnie – ucznia pierwszych klas podstawówki. W pewnym uproszczeniu – były to lekcje obywatelskie. Nauczyciel krok po kroku wyjaśniał uczniom zasady funkcjonowania społeczeństwa, szczególny nacisk kładąc na relacje pomiędzy władzą a obywatelem. Bardzo żałuję, że nie puszczano go już nigdy później, bo według mnie byłby ciekawym uzupełnieniem nauki wiedzy o społeczeństwie. W tym konkretnym przypadku mam na myśli jeden odcinek. Prowadzący wałkował w nim na wszystkie strony różnice pomiędzy faktem a opinią. Podkreślał więc, że opinią jest w zasadzie wszystko, co w konkretnej wypowiedzi wynika od danej osoby. Jeśli więc – przykładowo – sąsiadka mówi innej sąsiadce, że sąsiad u góry zdradza swą żonę z seksowną blondynką, to opinią z pewnością są słowa opisujące blondynkę. Ale cała reszta stanowi fakt tylko wtedy, jeżeli jest potwierdzona w naprawdę obiektywny sposób. Trudno bowiem wnioskować, aby sąsiadka była świadkiem owej zdrady. A jeśli dochodzi do sytuacji „słowa przeciw słowu”, to już na pewno o fakty tu bardzo trudno.

Skomplikowane? Zgadzam się. Niemniej takie właśnie skojarzenia mam obserwując rozklejanie w mediach społecznościowych sensacyjnych wiadomości o koronawirusie. Codziennie można przeczytać wiadomości całkowicie się wykluczające. Jedni propagują tezę, że cała ta epidemia to wielka ściema, żadnej zwiększonej śmiertelności nie ma, a wszystko służy temu, by „każdego z nas zaszczepić i uruchomić 5G”. Dodają przy tym, że „skoro ten wirus taki groźny, to dlaczego ludzie są odsyłani do domów?”. Inni zaś z dzikim krzykiem reagują na jakiekolwiek sugestie, że restrykcje należałoby jednak poluzować, gdyż gospodarka padnie nam nie tylko szybciej, ale i bardziej dokumentnie, albowiem „nie wolno szachować życiem ludzkim”. Obie te grupy wrzucają masę linków do wypowiedzi najróżniejszych fachowców, nie bacząc na to, że w nich… w zasadzie jeden profesor z tytułami zaprzecza drugiemu profesorowi z tytułami. Ale to nieistotne. Najważniejsze, by teza brzmiała wystarczająco głośno, stanowczo i dała możliwość pokazania, że też się z nią zgadzam.

W efekcie przeciętny człowiek zwyczajnie się męczy i zniechęca do samodzielnych poszukiwań wiadomości. Chcąc nie chcąc musi mu wystarczyć przekaz, że ma się nastawić na długie miesiące niedogodności, nosić maseczkę najlepiej cały czas i nie jeździć ani do rodziny (zwłaszcza starszej), ani na wakacje przez najbliższe dwa lata. To wprawdzie też nie da mu gwarancji na nic (zwłaszcza na ocalenie swego miejsca pracy), ale nic więcej zrobić nie można. Ergo – człowiek ma wrażenie jeszcze większej bezradności.

Nie wróży to nam zbyt dobrze w perspektywie wychodzenia z kryzysu, w którym się znaleźliśmy.

Zamość onLine / 2020-04-24