Wojciech Mann, czyli jak trudno się starzeć z godnością


Każdy z nas może powiedzieć, że istniała w jego życiu osoba spoza rodziny, która była dla niego w jakimś sensie wzorem. Wzorem pracy, wzorem pojmowania rzeczywistości, wzorem tworzenia czy też wzorem po prostu w jakiejś konkretnej dziedzinie. Mechanizm ludzki jest tak skonstruowany, że siłą rzeczy idealizujemy tę postać. Po pierwsze: wyraźnie podkreślamy, że stanowi ona dla nas wzór tylko w określonym odcinku. Po drugie: czujemy autentyczną niechęć do poznawania ciemniejszych stron życia tego kogoś. To naturalne, bo przecież głupio wzorować się na genialnym artyście, który – dajmy na to – w rodzinnym domu był istnym tyranem. Jeśli dana osoba żyje, w jej interesie jest, by ukazywać te pozytywne aspekty.

Klasycznym przykładem może być Justyna Kowalczyk – znana szerokiej widowni z ogromnych sukcesów na narciarskich trasach biegowych. Ilekroć oglądamy wywiad z nią, widzimy bardzo miłą i stale uśmiechniętą kobietę. I choć ona sama w tych rozmowach przyznaje, że na co dzień jest osobą bardzo trudną we współpracy, to publiczność nie przyjmuje tego do swej świadomości. Mówiąc brutalnie – właśnie o to chodzi, aby z jednej strony nie ukrywać swoich przywar, a z drugiej sprzedać je w taki sposób, żeby ludzie uznali to wręcz za kokieterię. Gorzej wygląda sprawa, jeśli osoba zainteresowana nie tylko nie ukrywa swoich wad, ale je publicznie demonstruje i usiłuje wykreować jako zalety, a już na pewno dowód swej inteligencji. A kościółek – złożony z bezkrytycznych fanów – utwierdza go w tym przekonaniu.

Dokładnie taką sytuację obserwuję u osoby, która przez wiele lat stanowiła dla mnie właśnie wzór. Wzór dziennikarza muzycznego, wzór poczucia humoru, ale także wzór podchodzenia do rzeczywistości w sytuacji, która mi nie odpowiada. Niemniej w ostatnich dniach coraz trudniej mi kojarzyć Wojciecha Manna z genialnych skeczy w „Za chwilę dalszy ciąg programu” czy też występów w „MdM” z Krzysztofem Materną. Wszystko wskazuje bowiem, że pan Mann u schyłku kariery zawodowej postanowił wejść w rolę mentora-destruktora, który nie dostrzega, że się w ten sposób ośmiesza.

Pisałem na tych łamach już parokrotnie, że zmiany personalne w Programie Trzecim Polskiego Radia należy przeprowadzać bardzo ostrożnie, aby nie wylać dziecka z kąpielą. Trójka miała kapitał słuchaczy wypracowany przez określony zespół redakcyjny, w którym ważną rolę odgrywała stara gwardia, jak np. Marek Niedźwiecki, Piotr Kaczkowski czy właśnie Wojciech Mann. Wcześniej z rozgłośni odeszło kilka innych znanych osób, jak choćby Artur Andrus czy Robert Kantereit, a umowa o pracę z Dariuszem Rosiakiem nie została przedłużona. Wszystko to odbiło się na słuchalności rozgłośni, bo nie ukrywajmy, że Paweł Lisicki czy Piotr Semka to nie są osoby, które mogą przyciągnąć liczną nową widownię przed odbiorniki. Dlatego każdy kolejny ruch kadrowy powinien być głęboko przemyślany. Czy za taki można uznać zaproponowanie Annie Gacek stanowiska wydawcy, a tym samym odsunięcie jej od prowadzenia audycji m.in. z Wojciechem Mannem? Moim zdaniem należałoby to przynajmniej skonsultować z panem Wojciechem w odniesieniu do wspomnianego programu. Wtedy prezes Polskiego Radia, będąca z wykształcenia logopedą, miałaby czyste ręce, że odsunęła red. Gacek od prowadzenia pozostałych audycji z uwagi na jej wadę wymowy, a zarazem Wojciech Mann nie miałby argumentu, że stracił wpływ na swoje audycje. No chyba, że faktycznie całość została obliczona na rezygnację Manna z pracy w Trójce. Tyle, że w takim wypadku trzeba zarazem przyznać, iż kolejne dni dostarczyły prezes PR niespodziewanie wiele argumentów na słuszność takiego działania. Poczynając od samego stylu rezygnacji redaktora, który nawet nie składał żadnego pisma, tylko swoją decyzję po prostu publicznie ogłosił i nawet się już nie pojawił w siedzibie pracodawcy.

Przepraszam, jeśli kogoś urażę, ale dla mnie widok starca ogłaszającego na swoim profilu facebookowym, że „ma wszystko w d.pie”, jest uwłaczający. Podobnie jak komentarze temu przyklaskujące i podkreślające, że krytycy Wojciecha Manna to osoby na dużo niższym poziomie intelektualnym, co jest określane w sposób mniej zawoalowany (bynajmniej nie tylko jako „słuchacze Zenka”). To jednak niestety logiczna konsekwencja niezbyt mądrych czynów redaktora w ostatnim okresie. Wojciech Mann coraz bardziej zaczynał wychodzić z roli dziennikarza muzycznego na rzecz opiniotwórczości, zapominając iż powinien być lojalny wobec podmiotu, który mu płaci. W jego piątkowym porannym „Zapraszamy do Trójki” stałym gościem był Piotr Bukartyk, który popisywał się swoimi piosenkami mniej lub bardziej uderzającymi m.in. w zarząd Polskiego Radia (i który teraz też korzysta z przyjaźni z Wojciechem Mannem śpiewając dzieła niskich lotów o podobnym przesłaniu). W każdym normalnym zakładzie pracy byłoby to postrzegane jako niesubordynacja prowadzącego audycję, ale nie w Trójce. Zarząd Manna tolerował wyłącznie z uwagi na jego status radiowej legendy, z którego czerpał garściami. Teraz został mu Facebook i internetowe radio Baobab, z czego dochodów na dotychczasowym poziomie z pewnością nie pozyska. Zwłaszcza, że idzie gigantyczny kryzys, w którym raczej nie będzie miejsca na nowe przedsięwzięcia na rynku medialnym. Ale pieniądze to jedno – gdy koniunktura się odwróci, będzie można je zarobić inaczej. Gorzej będzie z odzyskaniem godności.

Zamość onLine / 2020-04-03