Życie klasy B


Wiem, że trąci to masochizmem, ale ostatni piątkowy wieczór postanowiliśmy z żoną spędzić oglądając film „Epidemia strachu”, który akurat emitowała jedna ze stacji komercyjnych. Dodajmy, że była to pierwsza z trzech emisji tego obrazu zaplanowana w najbliższych dniach w polskojęzycznych kanałach. Mieliśmy przeczucie, że będzie to trochę fabularna wersja tego, co można obecnie zobaczyć we wszystkich stacjach informacyjnych. Nie pomyliliśmy się. Zgodziło się w zasadzie wszystko poza kilkoma drobnymi szczegółami, co do niezgodności niektórych jeszcze do końca nie możemy być pewni. Jak np. liczba ofiar, która miejmy nadzieję, że globalnie w przypadku koronawirusa wyniesie jednak mniej niż dwa i pół miliona.

Po emisji – jak mam w zwyczaju – wszedłem na serwis Filmweb, aby skonfrontować swoje odczucia z opiniami osób, które przynajmniej teoretycznie znają się na kinie. Już w pierwszej recenzji filmu, na jaką się natknąłem, znalazłem następujący fragment: „Soderbergh [reżyser - przyp. R.M.] powtarza bardzo lubianą przez twórców kina katastroficznego tezę, że istnienie naszego gatunku cały czas wisi na włosku. Na cud zakrawa w ogóle, iż udało nam się przetrwać na Ziemi tyle tysiącleci, skoro ze wszystkich stron czyhają na nas zagrożenia. Wystarczy drobny przypadek i nieszczęście gotowe. Z ‘Contagion – Epidemia strachu’ można się między innymi dowiedzieć, że najprostszym sposobem na zarażenie się paskudną chorobą jest... dotykanie dłonią własnej twarzy. Tymczasem, jak wynika ze statystyk, powtarzamy tę czynność co najmniej trzy razy minutę! Należy też uważać, komu podaje się rękę na powitanie, a w restauracji przed spożyciem każdego posiłku najlepiej przeprowadzić test na obecność wirusa w jedzeniu. Strzeżonego pan Bóg strzeże”. Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że jeszcze kilka tygodni temu w pełni zgodziłbym się z autorem powyższej recenzji. Zgodziłbym się też, że „Epidemia...” zasługuje co najwyżej na 6 w 10-punktowej skali ocen. Ba! Nadal tak twierdzę, choć zarazem zdaję sobie sprawę, że logicznie rzecz ujmując – na podobną ocenę zasługuje w tej sytuacji samo życie. Tak jakby jego „scenarzysta forsę wziął, potem zaczął pić”, jak śpiewała Budka Suflera.

Wszyscy znamy to uczucie, gdy śni nam się bardzo realistyczny koszmar i po przebudzeniu czujemy ulgę, że to był jedynie zły sen. Nie wiem, jak Państwo, ale obecnie mam dokładnie odwrotnie – słuchając kolejnych informacji o koronawirusie spływających z całego świata, w tym Polski, chciałbym się czym prędzej obudzić i skupić się na normalnych sprawach codzienności. Tymczasem za – nomen omen – Chiny tego zrobić nie umiem…

Przy czym sam do końca nie wiem, co mnie bardziej przeraża: czy fakt, że to guano tak trudno rozpoznać w pierwszych dniach po zakażeniu, czy potencjalnie wysokie ryzyko poważnych skutków wystąpienia wirusa u osób z chorobami przewlekłymi (do których również się zaliczam)? Czy może jednak to, że nawet osoby, które pandemię przejdą bez jakichkolwiek objawów zdrowotnych, oberwą ekonomicznie za sprawą megakryzysu, który się właśnie rozpoczyna? Wiem jedno: prawdopodobnie czekają nas wszystkich czasy najgorsze od chwili zakończenia drugiej wojny światowej. A i to pod warunkiem, że w międzyczasie jakaś klasyczna wojna nie wybuchnie.

Zamość onLine / 2020-03-19