Esbeckie szambo w końcu się wylało


To z całą pewnością był, jest i jeszcze przez pewien czas będzie hit polskiego internetu. Film Tomasza i Marka Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” w momencie publikacji niniejszego tekstu ma już pewnie kilkanaście milionów wyświetleń, a do końca roku liczba ta przerodzi się w kilkadziesiąt milionów. Nic dziwnego, bo temat jest nie tylko nośny, bulwersujący oraz – co ważniejsze – wart dokładnego spojrzenia. I właśnie tym chciałbym się dziś zająć.

Zacznę od odniesienia się bezpośrednio do filmu. Moim zdaniem jest zbyt długi i zawierający kilka zupełnie niepotrzebnych elementów. Niepotrzebnych dla samej produkcji, bo pojęcia nie mam po co np. umieszczono tam trzyminutowe ujęcie z wychodzenia poszkodowanej kobiety z Domu Księży Emerytów w Kielcach, gdzie widziała się ze sprawcą swych krzywd. Owszem, jest ono pełne łez i ogólnej dramaturgii, ale nie za wiele wnosi do całości obrazu, który łącznie trwa ponad dwie godziny. Podobnie zastanawiające są wstawki pokazujące dwóch panów – też niegdyś skrzywdzonych przez księży – którzy chodzą po Krakowie i co jakiś czas dobijają się do kamienicy, w której mieszka kard. Dziwisz. Za dnia nikt im nie odpowiada, a w nocy obecna tam siostra zakonna informuje, że księdza kardynała nie ma. Merytorycznie słabe jest też postawienie tezy, jakoby za ukrywanie kapłanów pedofilów odpowiedzialny był Jan Paweł II, bo tylko półgębkiem wspomina się, że po latach obowiązywania rzeczywiście dziwnej instrukcji postępowania w takich sytuacjach w strukturach kościelnych została ona zmieniona w 2001 roku właśnie przez polskiego papieża, a i wiadomo dziś, że doniesienia o niecnych czynach duchownych zwyczajnie do Jana Pawła II nie dochodziły. Mocne strony? Pokazanie tych historii rzeczywiście od podszewki – zarówno od strony samych czynów tych zboczeńców, jak i późniejszego postępowania w Kościele. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że przy wszystkich zastrzeżeniach do autorów obrazu należy im oddać, iż zdecydowali się zrobić coś, czego nie uczynił wcześniej żaden inny twórca. Aczkolwiek bracia Sekielscy nie uznali za stosowne poinformować o tym, że trzech z pokazanych kapłanów plus ks. Henryk Jankowski, którego scenę obalenia pomnika również tam pokazano, było zarejestrowanymi agentami Służby Bezpieczeństwa. Tymczasem to właśnie jest kluczowa sprawa, jeśli chodzi o patologie sączące polski Kościół.

Zwracam uwagę, że ujmuję to w sposób rozszerzony, bo patologią nie jest tylko pedofilia. To również wszelkiej maści inne czyny zabronione, które popełniają księża, a które dziwnym trafem uchodzą im często płazem, jak np. prowadzenie samochodu po alkoholu, mobbingi, oszustwa, przemyty etc. Każdy przedstawiciel organów ścigania przyzna, że na duchownych nie tylko trzeba mieć znacznie twardsze dowody niż na inne osoby, ale też trzeba liczyć się z tym, że ktoś wysoko postawiony spróbuje daną sprawę „uciszyć”. Dokładnie tak samo, gdy rzecz dotyczy na przykład krewnego jakiegoś notabla. W przypadku pedofilii rzecz jest o tyle specyficzna, że tam częściej wszystko zaczyna się od władzy kościelnej, której nierzadko zależy, by władza świecka tego nie tykała.

Przypominam, że cały czas mówimy o polskim Kościele, więc twierdzenia, że afery pedofilskie mają zasięg globalny, dlatego ich przyczyny też są globalne, zostawmy na boku. Nie tylko dlatego, że globalność pedofilii jest dość dyskusyjna, bo skala jej występowania nie do końca jest jednorodna. Tak się zresztą składa, że Kościół w Polsce – jak zresztą wszędzie w Europie Środkowej i Wschodniej – działał po drugiej wojnie światowej w bardzo specyficznej sytuacji. Był ogromnie infiltrowany przez władze komunistyczne, które instalowały swoich agentów na praktycznie wszystkich szczeblach. Pewne wyobrażenie co do tego można mieć po lekturze „Księży wobec bezpieki” ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, lecz sam autor tej książki zaznacza, że wszystkiego na pewno nie wie. Ale już to, co poznał, może napawać przerażeniem. Oto bowiem nawet w dzisiejszym Episkopacie mamy biskupów, którzy byli agentami SB (np. bp Skworc). Wielu innych wprawdzie obecnie albo jest już na emeryturze, albo na tamtym świecie, ale w dalszym ciągu wpływy esbecji są znaczne. Co więcej, nie zapominajmy, że tamte pokolenie miało fundamentalny wpływ na dobór, kształcenie i rozesłanie na posługę młodych kapłanów. Nie wierzę, że kwestie agenturalne po roku 1989 nie miały już żadnego znaczenia. Już samo to, że agentem był spowiednik głowy państwa (też zresztą agenta), jest wystarczającym powodem, by zjeżyły mi się resztki włosów na głowie. A jeżeli ów spowiednik był do tego zwyrodnialcem, to mamy pełen obraz działania służb specjalnych.

W największym skrócie: głównym celem działania służb jest destabilizacja środowiska. W szczególności takiego, które jest mu wrogie, a bez wątpienia Kościół czymś takim dla władzy komunistycznej był. W tym celu instaluje się osoby, które albo tak naprawdę są ideowcami całkowicie w drugą stronę, albo mają różne słabości. Jednych może podniecać władza, innych bogactwo, jeszcze innych nałogi, a jeszcze inni posiadają skłonności do różnego rodzaju zboczeń. Najlepszy efekt jest wówczas, jeśli stworzy się system, w którym agenci są zainstalowani na każdym szczeblu, dzięki czemu – w połączeniu z patologicznie rozumianą solidarnością zawodową, co dotyczy nie tylko księży, ale i m.in. lekarzy – można robić machinacje, jakie opisano w filmie Sekielskiego. Czyli: tego się przeniesie, tu sprawę wyciszy, tu zastraszy ofiarę etc. Jak widać, system wciąż działa znakomicie.

Zwracam również uwagę na bardzo silne podobieństwo do innej grupy, która nie została zlustrowana, a która również ma wiele na sumieniu – sądownictwo. To o tyle ciekawe, że choć mechanizmy produkujące patologie są niezwykle podobne, to ludzie tego nie chcą dostrzec. Przeciwnie – obrońcy Kościoła (czyli często zwolennicy obecnego rządu) atakują wymiar sprawiedliwości (czyli przeciwników obecnego rządu) i na odwrót. Tymczasem naprawdę wystarczy wyjść z najprostszego założenia, czyli że patologia jest zła bez względu na barwy klubowe i w walce z nią należy sięgnąć do korzeni, a nasze walki plemienne mogą ustać. Tylko niestety trzeba wyjść poza własny namiot i przyznać, że wzajemne mordobicie nie jest warte zamiataniu tych złych spraw pod dywan.

Zamość onLine / 2019-05-16