Stadionowy brak smaków


Czasami mam wrażenie, że od naszego miasta wymagam za dużo. Niekiedy wydaje mi się, że na siłę chcę zrobić z Zamościa ośrodek, który ludzie z daleka wymienialiby jednym tchem z Lublinem, Rzeszowem czy Przemyślem, a może nawet Krakowem, choć to ostatnie tkwi w mej głowie zdecydowanie rzadziej. Takie „antymocarstwowe” myśli przychodzą do głowy najczęściej wtedy, gdy przebywam w Zamościu dłużej niż dwa dni. Wtedy już nagromadzenie elementów widzianych i słyszanych z bliska jest tak duże, że człowiek zaczyna myśleć, iż może takie małe ambicje są dla Zamościa lepsze. Po czym znów stąd wyjeżdża, spotyka się z innym światem i dochodzi do wniosku, że skoro ludzie są wszędzie tacy sami, to i wymagania można mieć podobne.

Ale czasem wcale nie trzeba z Zamościa wyjechać. Czasami wystarczy wybrać się na wydarzenie tego samego rodzaju, jakie można spotkać w innych miastach i punkt widzenia wraca na właściwe miejsce. To właśnie przeżyłem w Wielką Sobotę, kiedy to wybrałem się na mecz Hetmana z Włodawianką. Ponieważ kolejny raz zobaczę naszych piłkarzy najprawdopodobniej już w wyższej klasie rozgrywkowej, chciałem się przekonać, jak zamojski klub przygotowuje się na tę – od dawna wszak oczekiwaną – perspektywę.

Pod względem sportowym absolutnie się nie zawiodłem. 6:0 wprawdzie pokazuje tak samo poziom rywala, jak i Hetmana, ale muszę przyznać, że wyglądało to bardzo okazale. Włodawianka nie mogłaby mieć jakichkolwiek pretensji o „dwucyfrówkę”, lecz w kilku momentach piłkarze z Zamościa uderzali nad poprzeczką. Oczywiście trzeba pamiętać, że skład w przyszłym sezonie będzie inny, ale moim zdaniem poziom grupy czwartej trzeciej ligi nie jest aż tak wysoki, żeby naszym groziła degradacja już po roku. Myślę, że dziesiąte miejsce należy przyjąć jako plan minimum. Natomiast wszystko powyżej szóstej lokaty będzie ogromnym sukcesem.

Ale gorzej wygląda sprawa pod względem organizacyjnym. Na przebudowę stadionu dopiero czekamy i mamy nadzieję, że odbędzie się planowo i bez przeszkód. Natomiast niezbyt dobrze jest z bieżącą obsługą. Stali Czytelnicy już się zapewne domyślają, co mam na myśli, bo też i nieraz ten problem poruszałem. Dlatego aż mi głupio, że po raz kolejny muszę napisać o cateringu podczas meczu, bo przyznam, że byłem przekonany, iż rzecz została już dawno załatwiona. Tymczasem nie została. Chętni na coś do jedzenia lub picia musieli zejść do restauracji OSiR, bo na koronie stadionu nie znaleźli żadnego stoiska.

Mam wrażenie, że rokrocznie w tej materii odbywa się jakaś szopka. Najpierw na starcie sezonu wszystko jest super – budki przy trybunie głównej są wykorzystywane, można kupić frytki, hot doga czy klasyczną kiełbaskę, jak również coś do picia. Chętni są, bo i pogoda wtedy jeszcze jest ładna, a i głód człowieka często dopada przy okazji meczu. Potem pogoda staje się gorsza, więc frekwencja też jest mniejsza. Tedy na wiosnę już zaplecza gastronomicznego na stadionie już się nie uświadczy. Choćby nawet aura zachęcała do przyjścia na obiekt. Taka ekonomia po zamojsku.

Awans możemy stracić już tylko teoretycznie. Trzeba się więc nastawić na przyjazd do Zamościa ekip ze stron, które już od dość dawna tu nie gościły, np. Hutnika Kraków, Unia Tarnów (o ile awansuje ze swojej grupy) czy KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, ale i taka Stal Rzeszów z pewnością przywiezie ze sobą sporą grupę sympatyków. O naszych fanów się nie boję, bo oni umieją organizować doping wtedy, gdy przybywają kibice gości. Jednakże catering z całą pewnością musi wyglądać inaczej. To, co wystarcza na mecze piłki ręcznej w hali, z całą pewnością nie przystoi pojedynkom piłki nożnej na stadionie.

Zamość onLine / 2019-04-25