Fajna ta Rada, taka lepsza niż poprzednia


Każdy z nas miał w swoim życiu taki moment, w którym uświadomił sobie, że doszedł właśnie do wniosku, który w przeszłości uznałby za błędny. Może to być na przykład jakaś potrawa, której człowiek nie znosił przez wiele lat, aż w pewnym momencie postanowił jej skosztować. Od tamtej pory może stanowić ona nawet jedno z ulubionych dań. Albo przez mnóstwo czasu nie cierpieć jakiejś drużyny, by ją po latach polubić – lub odwrotnie. Sam kiedyś lubiłem Chelsea Londyn, a nie znosiłem Manchesteru United, a teraz jest dokładnie przeciwnie. Wśród kulinariów też mógłbym podać kilka analogii.

Podobnie jest ze stosunkiem do ludzi. Każdy z Państwa mógłby podać przykłady osób, do których niegdyś czuł jakąś urazę, po czym okazywało się kilka lat później, że to całkiem fajne jednostki i warto z nimi utrzymywać kontakt. W drugą stronę oczywiście też to działa. Sam przykład tego znalazłem przed kilkoma dniami, czyli od obejrzenia ostatniej sesji Rady Miasta.

Obrady trwały łącznie z przerwami około sześciu i pół godziny. Obejrzałem je sobie z odtworzenia mając w pamięci jeszcze te z poprzedniej kadencji, w których uczestniczyłem bezpośrednio na sali Consulatus. Nastawiałem się na generalnie nudne posiedzenie, w którym będą się pojedynkować te same osoby, a cała reszta publiki czas spędzi na spoglądaniu na zegarki i zastanawianiu się, w jaki sposób najszybciej dotrzeć do domu i ogarnąć obiad vel kolację. Czyli na generalnie standard, do jakiego byłem przyzwyczajony. Tymczasem, choć zdaję sobie sprawę, że zabrzmi to dość dziwnie, ale… aż chciało się to oglądać!

W porządku, spory udział w tym wszystkim miał sam program posiedzenia, a zwłaszcza debata nad skargami na prezesa MZK oraz słynną dyrektor szkoły numer cztery. Tematy same w sobie dość ciekawe, o których pisałem wcześniej i które myślałem, że zostaną jeśli nie zapomniane, to nieco wyciszone. Okazuje się jednak, że są to sprawy bardzo żywe i radni – choć ich pięcioletnia kadencja dopiero wystartowała – nie czekają z większą aktywnością do jej drugiej połowy. Szczególnie sprawa pani dyrektor, która – jak pisała w piśmie do RM – nie mogła uczestniczyć w obradach z powodu dawno temu opłaconego szkolenia, była pełna interesujących momentów. Przemówienie radnego Kudeli – po prostu bomba! Dodatek radnego Zwolaka – tak trzymać! Stonowane, a zarazem merytoryczne wypowiedzi radnego Ćwika – wspaniałe! Do tego całkiem przyzwoite kontry drugiej strony, w tym prezydenta Wnuka. Wrażenia nie popsuły nawet wypowiedzi radnego Nowakowskiego, który trochę obniżył formę wyrażając nadzieję, że „nie będzie łamistrajków” podczas protestu nauczycieli.

Uważni Czytelnicy z pewnością zauważyli jednak, że chwalę radnych, których w poprzedniej kadencji zdecydowanie częściej krytykowałem. To właśnie miałem na myśli w pierwszym akapicie niniejszego tekstu. Ale oczywiście nie można na tym stwierdzeniu poprzestać, lecz należy znaleźć przyczynę takiego stanu rzeczy. Po długim namyśle doszedłem do wniosku równie zaskakującego, co bolesnego. A przynajmniej będzie on taki dla jednej osoby.

Otóż powodem, dla którego obecna Rada Miasta jest na wyższym poziomie niż poprzednio, jest nieobecność w tej kadencji Marty Pfeifer. Mimo całej sympatii, jaką do niej żywię, trzeba powiedzieć wprost, że była ona bardziej destruktorem aniżeli osobą, która budowała rzeczy pozytywne. Można być pewnym, że wspomniane przeze mnie dyskusje byłyby „ozdabiane” jej ustawicznymi wtrąceniami, pełnymi bardziej emocji niż argumentów merytorycznych. Takie debaty rzeczywiście ogląda się ciężko, bo też i ciężko znaleźć przekonanie do strony, która nie koncentruje się na istotnych faktach, tylko zawsze musi dodać coś od siebie. Na szczęście teraz jest inaczej.

Uważam, że Zamość może na tym tylko skorzystać. Jeśli faktycznie opozycja będzie również i dalej skupiać się na merytorycznej pracy, wówczas również władza nie będzie mogła uciekać w emocje. Merytoryczna opozycja zawsze jest na dłuższą metę błogosławieństwem.

Zamość onLine / 2019-04-04