I po sezonie, czyli między Stefanem a Michalem


Kolejny sezon Pucharu Świata w skokach narciarskich przeszedł do historii. Sezon wyjątkowy nie tyle z powodu wyników, ile z zamknięcia najlepszego etapu w historii tej dyscypliny w Polsce. Tuż po ostatnim konkursie trener naszej kadry Stefan Horngacher zrezygnował z dalszej pracy. W kolejnym sezonie poprowadzi reprezentację Niemiec. Nowym trenerem naszych zawodników został zaś Michal Doleżal – dotychczasowy asystent Horngachera.

Z takim obrotem spraw trzeba się było liczyć w zasadzie już od końca poprzedniego sezonu, kiedy to Horngacher zgodził się jedynie na nową roczną umowę z Polskim Związkiem Narciarskim. Czuło się, że tak naprawdę wszystko zależy wówczas od Niemców. Wiadomo było, że jeśli ci zaproponowaliby objęcie sterów tamtejszej kadry Horngacherowi, na pewno miałby on wtedy korzystniejsze warunki niż pracując w Polsce. Choć skoki narciarskie w naszym kraju mają niezwykle silną pozycję i generują spore pieniądze, to Niemcy wciąż mają zdecydowanie bogatszy związek, tak więc już pod tym względem przebiliby każdą polską propozycję. Nie mówiąc już o dużo mniejszej odległości, jaka dzieli niemieckie kurorty narciarskie od domu Horngachera. Nadzieja na pozostanie Austriaka w Polsce na kolejne sezony była więc od samego początku samooszukiwaniem się. Od niedzieli zresztą sprawa jest już całkowicie klarowna.

Spalonej ziemi szkoleniowiec z Wörgl na pewno nie zostawia. Choć miniony sezon – a w każdym razie jego końcówka – był gorszy od poprzedniego, to nie można powiedzieć, że nie zanotowaliśmy w nim sukcesów. Wprawdzie w mistrzostwie świata Dawida Kubackiego oraz w wicemistrzostwie Kamila Stocha sporą rolę odegrała pogoda, ale triumf w Pucharze Narodów to już bez wątpienia dzieło autorskie naszych skoczków. A Stefan Horngacher z pewnością odcisnął na tym osiągnięciu swoje piętno. Do tego sukcesy indywidualne – trzecie, czwarte i piąte miejsce w klasyfikacji końcowej Pucharu Świata zdobyli wszak Polacy. A także – co cieszy mnie najbardziej – wprowadzono do drużyny Jakuba Wolnego, czyli znalazł się jednak młody skoczek, którego czekają jeszcze co najmniej dwa igrzyska olimpijskie i który może zastąpić któregoś z naszych starszych asów – Żyłę lub Stocha.

Czego oczekuję po Doleżalu? Że nie zepsuje tego, co jest teraz. Bo największą siłą tej ekipy jest to, co nie tak dawno widzieliśmy głównie u Niemców lub Norwegów – jeśli jeden zawodnik skacze słabiej, to może liczyć na kolegów, przez co niemal zawsze któryś z nich jest w czołówce. Ergo – sytuacja to idealna i powodująca duży dyskomfort u rywali. To także dobra pozycja wyjściowa do zbudowania kadry już na igrzyska w Chinach. Acz pamiętać trzeba, że raczej mało prawdopodobne jest, by do tej imprezy dotrwała cała nasza obecna reprezentacja. A ponieważ Doleżal doskonale zna polskich skoczków, to można mieć nadzieję, że dobrze cały ów proces przeprowadzi.

Oczywiście jest to zarazem uwarunkowane tak zwanym czynnikiem ludzkim, czyli inaczej rzecz biorąc klasą następców, ale tacy mimo wszystko są. Nie biłbym na alarm, że kiepskie wyniki młodych zawodników w Pucharze Kontynentalnym to dowód na ich brak talentu. Z całym szacunkiem, ale nasi obecni mistrzowie również we wczesnej młodości częściej dołowali aniżeli zajmowali czołowe lokaty (zresztą ich obecni następcy także czasem osiągną przyzwoity rezultat). W życiu każdego z nich przyszedł jednak taki moment, że zaczęli się odbijać i w końcu wskoczyli na odpowiedni poziom. Jeśli zatem tak się teraz nie stanie, będzie to moim zdaniem raczej dowód na marną współpracę pomiędzy poszczególnymi kadrami. I właśnie kwestia tej współpracy powinna być według mnie najpilniejszym zadaniem do wykonania przez PZN. Bo tu dostrzegam największe zagrożenie, ale może zanadto panikuję. Stefan Horngacher pokazał wszak, że nawet w naszych warunkach da się skakać na najwyższym światowym poziomie. A Doleżal to przecież jego wierny uczeń.

Zamość onLine / 2019-03-27