Biada młodzieży!


W ubiegłym tygodniu pisałem o strajkach w szkolnictwie. Wspomniałem w nim o inicjatywie nazwanej Młodzieżowym Strajkiem Klimatycznym, w której 15 marca uczniowie wielu szkół wyszli na reprezentacyjne miejsca w swoich ośrodkach, aby zaprotestować przeciwko „zmianom klimatycznym”. Takie coś odbyło się również w Zamościu. Happening pełen troski o planetę, ale również wzajemnej miłości, szeroko reklamowali już sami organizatorzy. Zamieścili w sieci film zachęcający do przyjścia na Rynek Wielki, w którym informowali o swoich pragnieniach. Jedni pragnęli odejścia od węgla, inni „żeby ludzie ograniczyli spożywanie mięsa”. Oczywiście bez konkretów, więc nie dowiedziałem się niestety czy poszcząc w piątki mieszczę się w pożądanej kategorii, czy też nie. Niemniej w ostatni piątek kilkadziesiąt młodych osób wyszło na Rynek z transparentami, których treść poszła w świat. A były to np. slogany typu: „Dzieci i ryby też mają głos”, „Pal konopie, nie węgiel”, „Zabierzcie seksizm rasizm, homofobię. Nie zabierajcie nam przyszłości!” czy też „Nie ma planety B”.

Dzieciaki niestety nie wzięły pod uwagę, że spotkają się z odzewem, który nie zawsze będzie odpowiadał ich oczekiwaniom. Przykładem może być młodzieniec trzymający transparent o konopiach, który wykpiłem na Facebooku pisząc, że w taki oto sposób idea strajku uczniowskiego została skutecznie wyśmiana przez jego samych uczestników. Chłopak postanowił się zemścić publikując pod tym komentarzem mój wizerunek jako podobny do kartofla. Właściciel profilu od razu go usunął zgłaszając sprawę do dyrekcji szkoły, do której chodzi ów młody człowiek. Nie wiem co było dalej i nie wiem czy młodzieniec zdaje sobie sprawę w ogóle z tego, że podobnego porównania wobec głowy państwa polskiego dokonała przed laty jedna z niemieckich gazet. Jestem zresztą też trochę zawiedziony, że nie miał on więcej fantazji i na przykład nie domalował mi pejsów, bo o takim hejcie na mnie marzę od dawna, ale trudno – może innym razem. Bo też przede wszystkim jest mi tych młodych ludzi po prostu ogromnie szkoda.

Takie poczucie dominuje we mnie szczególnie od niedzieli wieczorem, kiedy to przypadkiem natrafiłem na inaugurację wielkiego powrotu „Big Brothera”. Obecne pokolenie uczniów tego już niestety nie pamięta, ale gdy pierwszy raz TVN puszczał ten program, stanowił on temat niezliczonych rozmów wszystkich pokoleń Polaków. Po obejrzeniu pierwszego odcinka najnowszej edycji stwierdziłem jednak, że na powtórkę nie ma najmniejszych szans. Nie tylko dlatego, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, a bieżąca próba reaktywacji de facto nie jest pierwszą.

Premierowy odcinek był przedstawieniem uczestników. Wtedy, czyli przed niemal dwiema dekadami, byli oni w większości zupełnie normalnymi ludźmi. To znaczy mieli oni oczywiście nieśmiałe plany i marzenia, że ten program coś im przyniesie, że staną się sławni, że wyrwą się ze swojego zwykłego życia, co zresztą w wielu przypadkach udało się przynajmniej na chwilę, ale w zasadzie z prawie każdym widzowie mogli się identyfikować i pogadać przy piwie lub soku jak równy z równym. Najlepszym na to dowodem była osoba zwycięzcy, czyli Janusza Dzięcioła – zwykłego strażnika miejskiego. Nie wszystkie jego poglądy podzielam, ale to w pełni normalny facet, który szanuje innych jednocześnie nie stwarzając wokół siebie aury niedostępności. W edycji tegorocznej jest dokładnie odwrotnie.

W domu Wielkiego Brata mamy m.in. mocno propagującą swój styl żywienia jako bezwzględnie najlepszy wegankę, dziewczę otwarcie mówiące, że lubi być uległa wobec swego dużo starszego partnera, a przy tym marzące o byciu celebrytką, kobietę twierdzącą, że Polska jest strasznie nietolerancyjna, dlatego wciąż woli mieszkać w Londynie, pracującą jako detektyw 33-letnią „singielkę” z trojgiem dzieci – nie zawsze z tym samym mężczyzną czy też 42-letniego górala podkreślającego, że jest wierzącym chrześcijaninem i jednocześnie żyjącego na „kocią łapę”. To tylko pięć przykładów, ale większość pozostałych uczestników jest podobnie odjechana. O czym one świadczą? Że organizatorzy właśnie taki zestaw uznali za najbardziej przyciągający widownię. Ergo – że ludzie prędzej zidentyfikują się z takimi dziwolągami niż z osobowościami, które na co dzień mogą spotkać na swojej klatce schodowej.

Jedno z dwojga – albo TVN uznał, że wprowadzi wśród swojego targetu (osoby w wieku 16-40) właśnie takie trendy, albo stacja doszła do wniosku, że… tu nie ma co wprowadzać, bo taki właśnie trend jest dominujący. Z doniesień medialnych wynika, że oglądalność kolejnych odcinków już zbyt wysoka nie była. Tłumów zatem programowi porwać się nie udało, ale grupa stale oglądających bez wątpienia się wykrystalizuje. I będą wybierać pomiędzy celebrytką in spe a wojującą weganką.

Że nie wspomnę o innym znaku czasów – niby Wielki Brat, a głos kobiety. Oczywiście wszystko całkowicie normalne.

Zamość onLine / 2019-03-20