Brnąc przez chodniki, czyli Alaska w Zamościu


Jak Państwo wspominają Martę Pfeifer? Brakuje jej już Państwu na zamojskim forum publicznym? Mnie to pewnie dopiero czeka, bo na razie jeszcze się nie oswoiłem z obecną sytuacją. Niemniej jeśli miałbym powiedzieć, w jaki sposób zapisała się w mojej pamięci, to wbrew pozorom wcale nie ostatnią kadencją w Radzie Miasta, podczas której była wiodącą twarzą opozycji. Pani Pfeifer zawsze będzie mi się kojarzyła z wypowiedzią dużo wcześniejszą, kiedy krytykowała – acz dużo rzadziej – poprzednią władzę. Pewnego styczniowego popołudnia, podczas posiedzenia Komisji Samorządu i Porządku Publicznego, do tego stopnia była zła na stan przygotowania dróg i chodników w naszym mieście, że do ówczesnej dyrektor Zarządu Dróg Grodzkich nie wahała się skierować zdania „Zasyp gorszy niż na Alasce”.

Nie powiem, zrobiła wtedy na mnie wrażenie, choć do tej pory nie wiem na ile tamto zdanie było spowodowane powszechnym oburzeniem na zalegający zewsząd śnieg i lód, a na ile jej osobistymi wrażeniami. To nieistotne. Niestety muszę jednak przyznać, że po kilkudniowym pobycie w moim rodzinnym mieście wyjeżdżam z niego zniesmaczony tym, co zobaczyłem na miejscowych arteriach.

Przy czym tamten okres obejmował nieporadność powszechną. Strach było zarówno jeździć autem, jak i pokonywać przestrzenie pieszo. Dziś jest o tyle lepiej, że drogi są w miarę ogarnięte. Nie w pierwszym okresie po opadach, ale w miarę szybko sytuacja jest opanowywana. Znów jednak pojawiły się koszmary wśród użytkowników chodników. O mało których można powiedzieć, że są tej zimy naprawdę zadbane.

W ciągu kilku dni w końcu stycznia, które spędziłem w Zamościu, pokonałem naprawdę wiele kilometrów wózkiem elektrycznym. I muszę przyznać, że jest źle. Co prawda chodniki są pozbawione wierzchniej warstwy śniegu, ale chodzenie oraz jeżdżenie po nich wymaga sporej ostrożności. Zalega mnóstwa błota pośniegowego, a na samym spodzie leży lód. Nawierzchnia jest bardzo nierówna, tak więc trzeba uważać zarówno na poślizgi, jak i na możliwość skręcenia tudzież złamania nogi. Nie mówiąc już o tym, że bardzo często odśnieżony jako tako jest zaledwie wąski pasek na chodnikach, więc tamowanie ruchu jest obrazkiem stałym.

Do tego dochodzi brak odśnieżania wielu przejść dla pieszych, co powoduje, że pokonanie tego odcinka nosi znamiona prawdziwego survivalu. Dotyczy to tak popularnych przejść, jak chociażby na ulicy Partyzantów przy PZU lub na ulicy Odrodzenia, przy skręcie do Getin Banku. Pojęcia nie mam co się dzieje, ale wygląda na to, że odśnieżanie przebiega po prostu jak najmniejszym kosztem, a tym samym w sposób najbardziej prowizoryczny.

I choć białych niedźwiedzi na ulicach raczej u nas nie spotkamy, to wrażenie można odnieść nader negatywne. To o tyle dziwne, że we wcześniejszych latach panowania obecnej ekipy w ratuszu dominowały zazwyczaj pochwały za zimowe utrzymanie arterii komunikacyjnych. Teraz o nie nadzwyczaj trudno. A prognozy długoterminowe wskazują, że zima do marca włącznie jeszcze kilkakrotnie zaatakuje Zamojszczyznę. Mam zatem nadzieję, że Zarząd Dróg Grodzkich weźmie sobie niniejszy tekst głęboko do serca.

Zamość onLine / 2019-01-31