Wspólnota (za)mocno zindywidualizowana


Kilka miesięcy rozmawiałem z pewnym DJ-em, który opowiedział mi historię jednego z wesel, jakie prowadził. Wszystko zaczęło się tam bardzo zwyczajnie, lecz normalność trwała niezwykle krótko. Kilka chwil po pierwszym tańcu państwa młodych, kiedy parkiet zapełnił się również innymi pląsającymi osobami, doszło do sceny na wskroś dramatycznej – chrzestny panny młodej zasłabł podczas tańca ze swą chrześnicą. Przybyłe na miejsce pogotowie podjęło akcję reanimacyjną, jednakże bezskutecznie – mężczyzna zmarł.

Sytuacja była nie do pozazdroszczenia. Na środku sali weselnej leżał trup, którego nie można było tknąć, bo to należało do wezwanego do lokalu prokuratora i ekipy śledczej. Na stołach zaś znajdowały się przeróżne smakołyki, których jednak również nie można było tknąć, gdyż nikt nie wiedział czy tragedia nie wydarzyła się właśnie przez jakieś produkty spożywcze, tak więc wszyscy czekali też na Sanepid. W końcu stosowne jednostki przybyły na miejsce, zabrały co trzeba i… powstał konflikt. Państwo młodzi bowiem zdawali sobie sprawę, że w obliczu takiego dramatu zabawa jest co najmniej niestosowna, dlatego poprosili DJ-a, aby już opuścił wesele. To jednak bardzo nie spodobało się całkiem sporej grupie obecnych na sali, którzy kategorycznie zażądali kontynuacji imprezy ze wszystkimi przewidzianymi atrakcjami. DJ wszystko podsumował krótko: „Nigdy w życiu tak szybko nie ewakuowałem się z wesela”.

Powyższa opowieść skojarzyła mi się, gdy obserwowałem reakcje społeczne na decyzje polityków i samorządowców w kwestii upamiętnienia tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza różnego rodzaju wydarzeniami oraz żałobą narodową. Okazało się, że całkiem spory procent naszych obywateli miał to w głębokim poważaniu. W mediach społecznościowych można było przeczytać mnóstwo opinii w rodzaju: „Niech sobie w Gdańsku robią żałobę!”, „Nie będę płakał po złodzieju!” czy też „Kiedy pięć dziewczynek spłonęło w Koszalinie, nikt żałoby nie ogłaszał. A teraz każą opłakiwać Adamowicza całej Polsce!”.

Zwracam Państwu uwagę, że nie są to przykłady skrajnego hejtu, jakim internet epatował w tamtych dniach i obecnie – już po pogrzebie w Bazylice Mariackiej – jest niewiele mniejszy. Starałem się wybrać sformułowania w miarę spokojne i pozbawione wulgaryzmów.

Mimo tego, że stanowczo nie było mi po drodze ideologicznie z prezydentem Gdańska, to muszę przyznać, że zrobiło mi się po ludzku przykro, gdy czytałem wspomniane wypowiedzi. Przykro, bo oznaczały one, że tak naprawdę nie mamy szans na zażegnanie wewnętrznych wojenek nawet w obliczu rzeczywiście trudnych wydarzeń. Nie potrafimy wyjść poza dawno utworzone okopy, a to przecież warunek sine qua non.

Nie chodzi mi o to, żeby gloryfikować zmarłego i twierdzić, że stanowił wzór cnót wszelakich, bo nie stanowił. Nie zamierzam więc przyłączać się do chóru powtarzającego, że zginął wybitny mąż stanu, który uczynił Gdańsk miastem europejskim, a tym bardziej „Wolnym”. Ale też nie na miejscu są teraz personalne ataki na tych, którzy domagają się wyniesienia Pawła Adamowicza na ołtarze. Zdecydowanie lepszą reakcją jest to po prostu przemilczeć.

Piszę o tym, bo poważna debata na ten temat przetoczyła się również przez Zamość. Debata absurdalna, sugerująca, że żałoba z okazji śmierci prezydenta Gdańska to coś, co godzi w wartości obywatelskie, bo przecież „zmarły nie był związany z Zamościem”. Owszem, nie był. Ale był Polakiem i człowiekiem, który zasłużył się miastu, którym rządził. Możemy różnie oceniać jego działalność polityczną, ale generalnego faktu nie zakwestionujemy. Tym bardziej powinniśmy ten czas – który choć jest już po żałobie narodowej, to tak naprawdę jeszcze do końca się nie skończył – uszanować. Bo jeśli domagamy się szacunku od innych wobec nas, to powinniśmy zacząć od naszego szacunku wobec innych.

Zamość onLine / 2019-01-24