Pożegnanie z "Isią"


Choć wiadomości z obozu piłkarskiej reprezentacji są w ostatnich dniach najgorętszymi newsami sportowymi w naszym kraju, nie wokół piłki nożnej krążą moje myśli, jeśli chodzi o sport. Bieżący rok kończymy bowiem ubożsi o jedną z największych osobowości, która przez ostatnie kilkanaście lat stanowiła nasz towar eksportowy w jednej z najbardziej popularnych dyscyplin. W ubiegłym tygodniu oficjalny komunikat o zakończeniu zawodowej kariery przedstawiła Agnieszka Radwańska.

Można powiedzieć, że była takim tenisowym Adamem Małyszem. Wprawdzie w tym sporcie wiele osiągnął przed laty Wojciech Fibak, ale mniej więcej wtedy polskie skoki też miały się nieźle za sprawą Wojciecha Fortuny, Stanisława Bobaka czy Piotra Fijasa. A potem nastąpił głęboki zjazd w obu dyscyplinach, gdzieniegdzie tylko rozjaśniany jakimś pojedynczym juniorem. I dopiero na początku tego stulecia dokonywał się przełom. Po Małyszu skoki wciąż są w „czubie” najbardziej popularnych sportów w Polsce. Czy tak będzie po Radwańskiej?

Przypomnijmy sobie, jak to z tym tenisem było w 2005 roku. Wtedy byłem jednym z tak naprawdę nielicznych kibiców tej dyscypliny w naszym kraju. Spośród polskich stacji telewizyjnych pokazywał ją jedynie Polsat i to też w bardzo ograniczonym wymiarze – zdecydowanie mniejszym niż dziś. Tenis kobiecy to w ogóle była rzecz szerszej widowni nieznana. Jako tako kojarzono tylko siostry Williams, ewentualnie Kim Clijsters czy Justine Henin czy niektóre Rosjanki. Właśnie z jedną z nich – Anastazją Myskiną – Radwańska zagrała pierwszy mecz w cyklu WTA Tour. Była to pierwsza runda dziś już nieistniejącego turnieju J&S Cup na kortach ziemnych Warszawianki. Polka wygrała ten bój w dwóch setach, a doszła wówczas do ćwierćfinału. O ironio, właśnie „mączka” była w ostatnich latach nawierzchnią, której „Isia” starała się unikać. Dużo bardziej lubiła trawę, gdzie wygrała zmagania juniorek, zaś w 2012 roku doszła do finału seniorskiego. Ten mecz wielu do dziś wspomina jako niewykorzystaną szansę na triumf w Wielkim Szlemie, ale także na pierwsze miejsce w rankingu WTA. Radwańska mogła oba cele osiągnąć tym jednym pojedynkiem, ale Serena Williams okazała się lepsza.

Drugi szczyt dokonał się przed trzema laty, gdy krakowianka wygrała kobiecy Turniej Masters. Zawody singapurskie były o tyle pamiętne, że Radwańska była o krok od odpadnięcia z nich jeszcze w fazie grupowej. Wygrała jednak ostatni mecz z Flavią Penettą – kończąc karierę Włoszki – i potem półfinał oraz grę decydującą o tytule z Petrą Kvitovą. Wydawało się, że czeka nas jeszcze kilka lat z wynikami Polki na wysokim poziomie. Życie to jednak brutalnie zweryfikowało.

Bo choć sezon 2016 był jeszcze w miarę dobry, to dwa kolejne stanowiły nędzę. Jednocześnie każda kolejna porażka przynosiła coraz bardziej hiobowe wieści odnoście stanu zdrowia tenisistki. Jeśli nie bolało jej ramię, to bolały plecy. Jeśli nie plecy, to udo. Jeśli nie udo, to łydka. A jeśli nie łydka, to – wybiegając już do ostatnich czasów – palec u nogi. I to tak bardzo, że nie pomagały na to żadne środki. Do tego stopnia, że czytając opisy dolegliwości naszej zawodniczki zacząłem się zastanawiać czy aby przypadkiem ona nie wyląduje na wózku…

Takiego zagrożenia chyba nie ma, natomiast „Isia” uznała, że pora powiedzieć „dość”. Ostatnie swoje zawodowe mecze rozegrała we wrześniu w Seulu. Wygrała ogółem 20 turniejów rangi WTA, doszła do maksymalnie drugiego miejsca w rankingu, a zarobiła na korcie prawie 25 milionów dolarów.

Spalonej ziemi myślę, że nie zostawia. Wielkie nadzieje wiążemy z Igą Świątek, a i Magda Linette jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Sam liczę również na Maję Chwalińską i mimo nieudanego sezonu na Magdalenę Fręch. Czy jednak uda się choć jednej z nich osiągnąć sukcesy na miarę Radwańskiej?

Nadzieję mam dużą. Co z niej wyjdzie? Trudno powiedzieć. Trzeba jednak oddać Agnieszce Radwańskiej, że dzięki niej wyłowić tenisową perełkę będzie nam nieco łatwiej. Najmłodsze pokolenie dużo lepiej wie już co to jest tenis, a i ośrodków, gdzie można trenować ten sport jest więcej niż przed kilkunastoma laty. Teraz powinna za tym iść większa liczba turniejów nie tylko dla amatorów, ale i osób profesjonalnie zajmujących się tenisem. W tym przynajmniej jedna impreza cyklu WTA lub ATP ponad challenger. Wiadomo, że – z różnych przyczyn, w zależności od federacji – nie jest to od razu do zrobienia. Ale coraz wyraźniej widać, iż to na dłuższą metę warunek niezbędny.

Zamość onLine / 2018-11-21