Rozmowa z Sylwią Gajewską


Robert Marchwiany: Kiedy zaczęła pani myśleć poważnie o wyborze zawodu dla siebie?

 

Sylwia Gajewska: W liceum. Zawsze było mi mówione, że droga zawodowa jest ważna i artrogrypoza, czyli schorzenie, z jakim się zmagam, z niej nie zwalnia. To choroba mięśni i stawów, która ogranicza moją ruchomość. Mam minimalne zgięcie w kolanach, za to stale zgięte ręce w łokciach. Potrzebuję pomocy np. w tym, by wstać z krzesła. Muszę też mieć dodatkową klawiaturę, aby sobie radzić z pisaniem na komputerze. Na szczęście normalnie chodzę, acz schodów wolę unikać.

 

Od czego pani wyszła w tych rozważaniach zawodowych? Od tego, co pani robić chce czy raczej może?

 

Od tego, co mogę, bo jestem bardzo świadoma swoich ograniczeń, abym mogła się spełniać w swoim zawodzie.

 

Może inaczej – w jakim kierunku zawodowym poszłaby pani, gdyby nie niepełnosprawność?

 

Nie wiem, bo pewnie wtedy byłabym też zupełnie innym człowiekiem. Zresztą nie wyobrażam sobie, żebym miała tylko jedną zawodową drogę, co chyba pokazuję moim dotychczasowym życiem. Najpierw poszłam na studia ekonomiczne, ale po roku uznałam, że jestem raczej humanistką i swoją przyszłość związałam z logopedią. Obecnie jestem dyplomowanym logopedą. Ale po pierwszym roku magisterki uznałam, że ten tytuł już mi nie jest potrzebny, za to odkryłam prawdziwą pasję dla siebie, czyli makijaż. W tym celu w styczniu bieżącego roku założyłam wraz z mamą firmę, której jestem współwłaścicielką.

 

Duży miały panie opór przed założeniem własnej działalności?

 

Jak każdy, bo wiadomo, że jest to jakieś ryzyko. Ale udało się i pomagam mamie w firmie. Pracuję też zdalnie. Szukałam takiej pracy, aby móc opłacić studia, bo zwłaszcza codzienne dojazdy z Ciechanowa do Warszawy sporo kosztowały. Zresztą chciałam się czuć niezależna. Niemniej pierwszej pracy online nie wspominam najlepiej. Trwała pół roku i z perspektywy czasu wiem, że firma w gruncie rzeczy wykorzystywała osoby z niepełnosprawnością. Dawała zadania, których wykonania nawet nie sprawdzała, zresztą w ostatnim miesiącu pracy ich mi nie zlecała. Nie sprawdzała nawet tego czy dany pracownik miał włączony komputer. Do tego nie dawała służbowego sprzętu ani nie wypłacała żadnego ekwiwalentu za jego wykorzystanie.

 

Co to była za praca?

 

Chodziło o wyszukiwanie różnych danych w sieci. Na szczęście teraz od półtora roku mam pracę, która w pełni mnie satysfakcjonuje. Już po czterech miesiącach zostałam koordynatorem całego działu call center, a teraz zaproponowano mi dalszy rozwój jako specjalisty ds. rekrutacji. Oczywiście awans wiązał się z satysfakcjonującą podwyżką.

 

A jak sobie pani radzi z tzw. pułapką rentową?

 

Jakoś muszę sobie radzić, żeby renty nie stracić. Trzeba albo szukać odpowiednio wysokiego wynagrodzenia, by opłacało się zawiesić rentę, albo pilnować, by nie przekroczyć dozwolonej kwoty.

 

A co będzie, jeśli otrzyma pani propozycję awansu z podwyżką, która przekroczy ten próg, ale nie na tyle wysoką, by zrekompensowała pani brak renty?

 

To pewnie wtedy zrezygnuję z promocji albo poproszę o odpowiednio wysoką pensję. Przecież żyć z czegoś trzeba, a osoby niepełnosprawne muszą mieć środki na rehabilitację. Sama rehabilituję się prywatnie, co mnie sporo kosztuje.

 

Wróćmy na moment do przeszłości… Jak pani sobie radziła z dojazdami na uczelnię?

 

Studia były czymś, co wpłynęło niezwykle pozytywnie na moją samodzielność i kreatywność. Jeździłam sama pociągami z Ciechanowa do Warszawy Zachodniej…

 

Czyli na dworzec szczególnie niedostosowany do potrzeb niepełnosprawnych…

 

To prawda, ale zawsze mogłam liczyć na czyjąś pomoc, szczególnie ze strony konduktorów. Często też inni ludzie pytali czy mogą pomóc. A jak nie pytali, to sama o nią prosiłam i nigdy nie spotkałam się z odmową. Na samej uczelni zaś miałam asystentkę, która mi stale pomagała np. w toalecie czy przy posiłkach. Opłacała ją uczelnia.

 

Przy szukaniu studiów to na pewno był dla pani poważny argument?

 

Wręcz przeciwnie, bo to Akademia Pedagogiki Specjalnej wyszła z taką inicjatywą już jak zaczęłam tam naukę. Miałam też całe rzesze koleżanek stale chętnych do pomocy. Zresztą zawsze wychodzę z założenia, że wszędzie spotkam kogoś, kogo mogę poprosić o pomoc. Nigdy też nie miałam przed tym oporów. Przy wyborze studiów bardziej interesowały mnie windy na uczelni i obecność – czyli też rekomendacja – innych studiujących tam osób z niepełnosprawnościami.

 

A kiedy szła pani na studia często spotykała się z pytaniami w rodzaju: „Jak sobie poradzisz?” lub „Co zrobisz, gdy stanie się to i to?”? Wszak wiele z tych kwestii pani załatwiła de facto już na miejscu.

 

Oczywiście, że tak. Takie pytania padały ze strony mojej mamy.

 

Jaka była pani odpowiedź?

 

Że skoro inni dają radę, to ja też dam.

 

A zdarzały się rzeczywiście takie groźne sytuacje?

 

Nie, nigdy. Ale gdyby coś się stało, to wiedziałam, że mogę zadzwonić do przyjaciół w Warszawie i oni by mi pomogli. Ogółem najgorzej wspominam konieczność wchodzenia na ruchome schody na Warszawie Centralnej, gdy nie działała winda. Ale tu też zawsze ktoś pomagał.

 

A czy teraz, gdy spodziewa się pani dziecka, co będzie na pewno ogromnym przełomem w życiu i wkroczeniem w nieznane, również ma pani podobne podejście? Wszak na pewno obecnie też spotyka się pani z masą pytań.

 

Oczywiście, że mówię to samo. To chyba kwestia charakteru, ale żadna matka – zdrowa lub chora – przed narodzeniem pierwszego dziecka tak naprawdę nie wie z czym się zetknie. Musi się tego po prostu nauczyć. Jeśli będą jakieś trudności, to pokonam je z narzeczonym lub rodziną. Śmieję się, że jeśli miałabym pieluchę zębami zmieniać, to ją zmienię. Wszyscy w nas wierzą.

 

Jakie ma pani zatem podejście do pasji i zainteresowań? Czy pani zdaniem należy je dobierać pod kątem własnych możliwości fizycznych?

 

Tak naprawdę niepełnosprawność będzie dla nas barierą na każdym kroku, jeśli to na niej będziemy się skupiać. Kiedy wymyśliłam sobie fotomodeling, to te marzenie zrealizowałam. Kiedy okazało się, że umiem robić makijaż innym dziewczynom, ruszyłam z własną działalnością. A wyszło to całkowicie przypadkiem, bo koleżanka poprosiła mnie, abym ją pomalowała na ślub jej znajomej. Powiedziałam, że robi to na własną odpowiedzialność, bo dotąd malowałam sama siebie, więc nie gwarantuję, że nie wydłubię jej oka przez moją niepełnosprawność, ale nic się złego nie stało. Sama byłam zaskoczona, że to tak perfekcyjnie wyszło. Założyłam fan page na Facebooku i ku mojemu zdziwieniu kalendarz pękał w szwach od zapisów.

 

A jak powstał pomysł powołania agencji niepełnosprawnych modelek?

 

Przede wszystkim zaznaczyć muszę, że jest to projekt społecznościowy, który działa od 2013 roku. Nie czerpię z niego żadnych korzyści materialnych. Jestem tylko pośrednikiem, który kojarzy osoby chętne do spróbowania swoich sił w fotomodelingu z fotografami i firmami, które chciałyby zrobić taką sesję. Często doradzam dziewczynom, które chcą zacząć. Najczęściej zresztą właśnie do tego się to sprowadza, żeby ktoś im zrobił kilka ładnych zdjęć, aby miały coś na start. Potem już często samo idzie.

 

Ile osób pani w ten sposób „wynalazła” dla modelingu?

 

Nawet nie potrafię zliczyć. Mam tak wiele wiadomości, że nawet nie na wszystkie daję radę odpisać. Sporo osób po takiej jednej sesji zaczęło większą karierę, choć zdarzają się takie, które od początku mówiły, że to dla nich zabawa i nie wiążą z modelingiem przyszłości. Nie ukrywam, że bardziej interesują mnie jednak osoby, które chcą coś w tej dziedzinie osiągnąć.

 

Łatwiej znaleźć niepełnosprawną modelkę czy podmiot, który zrobi z nią sesję?

 

Modelkę, acz coraz częściej można znaleźć fotografa, który chce się przekonać czy taka sesja byłaby trudniejsza od tej ze zdrowymi modelkami. Kojarząc takie „pary” chcę przede wszystkim pokazać, że osoby niepełnosprawne również mogą dobrze reklamować produkty w taki sposób, a jednocześnie żeby te osoby miały z tego jakieś pieniądze. To przecież bardzo ciężka, wielogodzinna praca.

 

W wywiadzie dla portalu deon.pl powiedziała pani tak: „Rynek pracy jest jak najbardziej otwarty, sama rekrutuję do pracy osoby niepełnosprawne, więc możliwości są, tylko problem polega na tym, że niepełnosprawni często są bardzo roszczeniowi”. Na czym polega ta roszczeniowość?

 

Składa się na to kilka kwestii. Często takie osoby nie wiedzą, ile mogą dorobić, aby nie musieć zawieszać renty. Pytają mnie przerażone czy mogą w ogóle pracować.

 

Jak mają na orzeczeniu o niepełnosprawności napisane „niezdolny do pracy”, to trudno się tym obawom dziwić…

 

Oczywiście, ale mamy XXI wiek i takie informacje można bez trudu znaleźć w internecie. Skoro więc umieją korzystać z Facebooka i użalać się nad sobą na grupach społecznościowych, to mogą równie dobrze sprawdzić takie rzeczy w sieci. Są osoby, które odgórnie twierdzą, że nie mogą pracować, ale jednocześnie nie robią nic, aby to jakoś poprzeć czymkolwiek. Rzecz kolejna – osoby niepełnosprawne często nie potrafią określić swoich mocnych i słabych stron. Nie wiedzą więc co mogą sobą zaoferować pracodawcy, a jednocześnie są oburzone, że oferuje się im pracę za najniższe krajowe wynagrodzenie. Są przekonane, że PFRON daje firmom na niepełnosprawnych tyle pieniędzy, że pensja powinna być odpowiednio większa. Nawet jeśli jest to dopiero pierwsza praca danego człowieka, a na pytanie czym może on przekonać do siebie pracodawcę odpowiada, że orzeczeniem o niepełnosprawności. Czasem nawet nie umieją określić stanowiska, na którym chcieliby pracować.

 

Ale na pewno zna pani też przypadki osób z niepełnosprawnościami, które latami pracują za najniższą krajową?

 

To często zależy od firmy. Tak, znam przypadki osób, które robią to samo od 12 lat za najniższą krajową, ale one zarazem nie robią nic, by to zmienić. A pracy dla osób niepełnosprawnych jest naprawdę dużo. Sama takim firmom wyszukuję pracowników.

 

Co zatem powinny zrobić takie osoby?

 

Są różne szkolenia, w tym dostępne online. Można poszukać dla siebie takich kursów. Wtedy nawet brak doświadczenia nie szkodzi. Drzwi naprawdę nie są z każdej strony zamknięte.

 

Jak pani siebie widzi za 5-10 lat?

 

Przede wszystkim jako mamę. A mówiąc poważniej, zastanawiamy się z narzeczonym czy raczej to nie on powinien pójść po moim porodzie na urlop tacierzyński, bo chcę się rozwijać i być aktywna zawodowo. Myślę o copywritingu, który mnie ostatnio pociąga, ale może pojawi się coś zupełnie nowego. Próbuję też swych sił w network marketingu. Chciałabym być taką business women po prostu, aby mnie renta w żaden sposób nie ograniczała, lecz bym była wolna finansowo. Każdy powinien do tego dążyć, a tak niestety nie zawsze jest. Wiele osób niepełnosprawnych wychodzi z założenia, że państwo im powinno pieniądze po prostu dać.

 

Jakie w takim razie miała pani odczucia obserwując wiosenny protest osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie? Skupiał się on bądź co bądź właśnie na hasłach socjalnych, a wiele osób ze środowiska twierdzenia, że osoby niepełnosprawne powinny być w pierwszej kolejności ukierunkowane do pracy zawodowej, uważa za oderwane od rzeczywistości.

 

Mam wrażenie, że niektórzy rodzice – i to nie tylko osób niepełnosprawnych – powinni przechodzić w pewnym momencie szkolenie, aby dowiedzieli się co to znaczy, że ich dziecko dojrzewa, a zarazem dojrzeli razem z tym dzieckiem. Rodzice muszą wpajać dziecku, że mimo niepełnosprawności musi się przynajmniej starać żyć tak jak inni. Zamiast mówić mu, że czegoś nie zrobi, powinni razem z nim szukać rozwiązań, aby to jednak zrobiło. Znam młode osoby, które nawet nie mogą dojść do słowa, bo zawsze mamusia się wtrąci. Mnie to po prostu przeraża.

 

Nie była pani zatem trochę przerażona obserwując ten protest?

 

Byłam przerażona. Byłam pod takim względem, że nie wypowiadali się tam ludzie, którzy faktycznie powinni walczyć o swoje. Wiadomo, że matka zawsze będzie chciała najlepiej dla swego dziecka, ale nie zawsze matki mogą powiedzieć, że swoje dzieci właściwie ukierunkowały na samodzielność społeczną czy zawodową, aby miały jakąś pasję w życiu.

 

Jak zatem pani zdaniem powinny wyglądać zmiany w zakresie polityki państwa wobec osób z niepełnosprawnościami? Czy należy zacząć od zwiększenia wsparcia socjalnego?

 

Myślę, że to by miało sens w przypadku osób naprawdę głęboko niepełnosprawnych, których rodzice muszą nierzadko rezygnować nawet z pracy. Ja miałam to szczęście, że choć mama wychowywała mnie sama, to mogła liczyć na wsparcie ze strony rodziny, zwłaszcza babci. Ale niektórzy nie mają tego szczęścia i muszą być stale przy dziecku. Państwo powinno właśnie takim osobom przede wszystkim pomagać.

 

Ale w jaki sposób pomagać? Czy również ułatwiając powrót do pracy takim rodzinom?

 

Oczywiście, na przykład poprzez opłacanie usług asystenckich. Ja mam asystentkę prywatnie, ale wielu na to nie stać. To powinno się zmienić i tu rolę powinno odegrać państwo. Wtedy matka mogłaby pójść do pracy i normalnie zarobić pieniądze.

2018-10-30