Młodzi już tu nie wrócą


Z góry przepraszam wszystkich spodziewających się w tym miejscu dogłębnej analizy wyników niedzielnych wyborów samorządowych, ale taka będzie dopiero za tydzień. Po pierwsze dlatego, że niniejszy tekst piszę w momencie, gdy jeszcze nie są znane oficjalne rezultaty, a co za tym idzie dokładny podział miejsc w Radzie Miasta. Po drugie zaś – myślę, że jeszcze ważniejsze jest przesłanie, które chciałbym skierować tak do Państwa, jak i do nowych/starych władz Zamościa.

Oczywiście Andrzejowi Wnukowi należą się ogromne gratulacje. Nie jest wprawdzie pierwszym prezydentem Zamościa, który zapewnił sobie reelekcję i to już w pierwszej turze, ale prawda jest taka, że osiem lat temu Marcin Zamoyski miał zadanie zdecydowanie łatwiejsze. Wtedy konkurował tylko z jednym rywalem, teraz Wnuk miał aż troje przeciwników. W tym takiego, który mógł mu realnie odebrać głosy w pierwszym głosowaniu. Nie na tyle, aby zagrozić prezydentowi, ale mógł doprowadzić do ścisłego finału. Tak się jednak nie stało, Andrzej Wnuk pozostanie prezydentem Zamościa przez kolejne pięć lat, ale co z tego (i nie tylko z tego) wynika dla zamojskiej sceny politycznej, będą mogli Państwo przeczytać w moim kolejnym tekście.

Tak się bowiem składa, że od pewnego czasu piszę na tych łamach jako osoba, która w Zamościu na stałe nie mieszka. Co prawda nie porzuciłem działań na rzecz rodzimego regionu i nie zamierzam tego robić, ale w Hetmańskim Grodzie bywam obecnie średnio raz na miesiąc przez 2-3 dni, a od najbliższej wiosny ta częstotliwość najprawdopodobniej spadnie jeszcze bardziej. Moja sytuacja jest wręcz dość podobna do mnóstwa osób z pokolenia końcówki ostatniego dużego wyżu demograficznego. Oni nie zdecydowali się osiąść w rodzinnym mieście mogąc zamieszkać w ośrodku większym, z większymi możliwościami pracy za wynagrodzenie sporo powyżej minimalnego. Co nie znaczy, że teoretycznie część z nich nie brałaby pod uwagę powrotu. Zwłaszcza, że większość tych osób ma dokąd wracać, bo ich rodzice w Zamościu pozostali. Ale po minionej kampanii stwierdzić muszę, że niestety raczej mało kto tutaj ponownie osiądze. Jeśli już, to wyłącznie z przymusu.

Zacznijmy od tego, że żaden kandydat oferty dla tych ludzi nie miał. Żaden o nich nie wspomniał. Każdy wprawdzie mówił o powstrzymaniu trendu zmniejszania się liczby mieszkańców Zamościa, a i zdarzały się slogany o przyciągnięciu nowych, ale nie słyszałem, aby którakolwiek z osób kandydujących na urząd prezydenta miasta wspomniała o ściągnięciu tych, którzy tutaj skończyli szkoły i osiedlili się już gdzieś indziej. Tak, jakby postawiły na nich krzyżyk, woląc skupić się na młodzieży, która dopiero co wyjechała stąd na studia lub chce to zrobić. Rzecz to o tyle dziwna, że tzw. millenialsi to osoby urodzone w okresie niżu demograficznego, który w kolejnych latach stale się pogłębiał. Innymi słowy, skupienie się na nich to trochę mało.

Jednakże dużo bardziej zniechęcającym czynnikiem była sama kampania wyborcza. Proszę tego nie odebrać jako przejawu megalomanii, ale czytając lokalne media doszedłem do wniosku, że najbardziej merytorycznym miejscem prezentacji poszczególnych kandydatów na prezydenta były wywiady, jakie z nimi przeprowadziłem w sierpniu i wrześniu. Tam mogli konkretnie powiedzieć, jak widzą poszczególne sprawy i co chcą zmienić, o czym zresztą napiszę za tydzień. Pozostałe przekazy medialne były albo zbiorem pobożnych życzeń, których nikt nie starał się weryfikować, albo totalną krytyką przeciwników ideologicznych. Owszem, sam miałem ochotę zabrać głos jeszcze przed głosowaniem i powiedzieć na tych łamach kto w moich oczach zasługuje na zaufanie, a kto nie, ale uznałem, że byłoby to wobec Państwa jednak nieuczciwe. Tymczasem w innych mediach mieliśmy poróżnienie po prostu skrajne. Zdarzały się przekazy przy których Jacek Dziura czy Rafał Wszoła stanowią wzory obiektywizmu.

Rzecz kolejna – codzienne wzajemne oskarżenia o zdzieranie i zaklejanie plakatów wyborczych. Nie mieliśmy dnia bez opowieści o niszczeniu materiałów na słupach, zaklejaniu plakatów czy wyrzucaniu ulotek kandydatów do koszy na śmieci. Nie dość, że facjatami poszczególnych osób było zaśmiecone całe miasto, to jeszcze wprost przerażająca jest ślepa wiara w to, że obklejenie wszystkiego co się da swoim wizerunkiem przyniesie sukces w postaci mandatu do Rady Miasta. Oczywiście nie pochwalam działań prowadzonych po prostu na złość kontrkandydatom, ale to wszystko było tak niepoważne, że aż strach.

Następna sprawa – zaśmiecanie mediów społecznościowych. Nie było chyba kandydata mającego profil na Facebooku, który nie wstawiłby na swój profil plakatu wyborczego, filmu czy choćby wpisu zachwalającego własną osobę. Niektórzy robili to co najmniej kilkakrotnie. A ostatniego dnia w mojej skrzynce odbiorczej znajdowałem nawet listy kandydatów proszących mnie o oddanie na siebie głosu. To było tak nachalne i bezczelne, że podejrzewam raczej w wielu przypadkach efekt odwrotny do zamierzonego. A w połączeniu z działaniami opisanymi w poprzednim akapicie, skutek ma to wysoce zniechęcający.

No i na koniec – sam finał kampanii. Tyleż brudny, co wykazujący przynajmniej nieodpowiedzialność niektórych podmiotów. Po pierwsze: sprawa MZK. Firma z dużymi problemami, o których jednak opozycja zaczęła mówić wszem i wobec dopiero wówczas, gdy zwrócili się do nich sami pracownicy. Wkopała siebie tym w sposób potworny, bo jeśli przez całą kadencję, kiedy teoretycznie przygotowywała się do przejęcia władzy, nie sprawdziła rzeczy tak podstawowej, jak jakość życia pracowników jednej z największych spółek miejskich, to krzycząc wszem i wobec o nieudolności zarządu przedsiębiorstwa pokazała również swoją własną niekompetencję. Tym większą, że nie usłyszeliśmy żadnej recepty na uzdrowienie sytuacji, poza obcięciem sponsoringu spółki dla piłkarzy Hetmana i cięciami w wynagrodzeniach zarządu. Po drugie: sprawa PGK. Sprawa, która będzie miała bardzo duże przełożenie na najbliższą kadencję Rady Miasta, ale o tym też napiszę za tydzień. Niemniej dla przeciętnego obywatela był to festiwal nieprawdopodobnej żenady. Nie dość, że obie strony (czyli Franciszek Josik i obecny zarząd spółki) przerzucały się wzajemnie stekiem oskarżeń w przeróżnych sprawach, to jeszcze swoje zrobiła Rada Nadzorcza… nie robiąc nic. Wprawdzie każdy poważny podręcznik zarządzania kryzysowego wręcz krzyczy, iż osoby zamieszane w podejrzane sprawy, które bada prokuratura, muszą być natychmiastowo zawieszane w obowiązkach, lecz PGK-u to nie dotyczy. Rada Nadzorcza czeka na „personalne zarzuty” i dopiero po nich podejmie stosowne kroki.

Szanowni Państwo, takie postępowanie ujdzie w rodzimym grajdołku, ale nie tam, gdzie standardem jest zarządzanie firmami przez poważnych ludzi. Kiedy wyjechałem do Krakowa przed czterema laty, nie ukrywam, że było dla mnie pewnym szokiem, iż tutaj patrzy się na to inaczej aniżeli w moim rodzinnym mieście. I można kogoś naprawdę bardzo lubić, ale w sytuacji, gdy w grę wchodzi potencjalne naruszenie prawa, zasadą jest, że przyjaźnie nie mają znaczenia – zawieszenie w czynnościach służbowych następuje automatycznie, bo bezczynność szkodzi wizerunkowi firmy. A przypominam, że mówimy o spółce miejskiej – zajmującej się jedną z najbardziej strategicznych dziedzin życia mieszkańców.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze skandaliczne potraktowanie części mediów, których nie wpuszczono na wieńczące kampanię spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim. Spotkanie, które zresztą odbyło się w miejscu zupełnie innym aniżeli to ogłoszono mieszkańcom. Co uznaję za kwintesencję minionych tygodni.

Proszę nie dowodzić, że historie zamojskie nie są ewenementem i podobne zdarzają się w całym kraju. To oczywiście są informacje zgodne z rzeczywistością, ale… kompletnie bez znaczenia. Prawda jest taka, że kampania wyborcza w Zamościu nie dała mojemu pokoleniu żadnego powodu do tego, by wrócić do rodzinnego miasta. Nie jawi nam się ono jako miejsce, gdzie rzeczywiście można żyć na podobnym poziomie, co w większym ośrodku. Nie jawi się ono jako miejsce pełne wzajemnej życzliwości, gdzie normalnie i uczciwie pracując można osiągnąć sukces. Zdecydowanie szybciej można dojść do wniosku, że decyzja o opuszczeniu Zamościa była jedną z najlepszych w życiu. Wniosek to wprawdzie bardzo bolesny, ale mało która z osób kandydujących w niedzielnych wyborach pozwala żywić nadzieję, że błędny.

Zamość onLine / 2018-10-24