Proroczy kalendarz PZPN-u


Na ubiegłoroczne Boże Narodzenie narzeczona – znająca moje zamiłowanie do sportu – sprezentowała mi oficjalny Kalendarz Kibica piłkarskiej reprezentacji Polski. Produkt sygnowany przez Polski Związek Piłki Nożnej rzeczywiście był atrakcyjny dla pasjonata futbolu, łasego na wszelkie materiały kolekcjonerskie. Okazało się jednak, że kalendarz ma jeden – dość poważny – feler. Zabrakło w nim kartki z październikiem. To znaczy wtedy myślałem, że jest to niedoróbka. Po ostatnich meczach naszej kadry zaczynam podejrzewać, iż twórcy tego dzieła są po prostu prorokami.

Człowiek myślał, że po czerwcowych wyczynach naszych „Orłów” w Rosji nic go bardziej żenującego nie spotka. Padaka z Senegalem, bezradność we wszystkich formacjach z Kolumbią czy „niski pressing” w końcówce spotkania z Japonią – to wszystko miało odejść do przeszłości. Odejść, czyli choć można się było spodziewać, że przegramy część meczów w Lidze Narodów, to jednak będą to porażki po walce i przyjmowane z klasą. I choć akurat trudno zarzucić naszym piłkarzom, że nie starali się stawiać czoła w Chorzowie Portugalczykom czy Włochom, to reakcje szczególnie po drugim pojedynku były takie, że zwyczajnie wszystko człowiekowi opadło. I wciąż jeszcze się nie podniosło.

Selekcjoner Jerzy Brzęczek na jedyne naprawdę odważne pytanie polskiego dziennikarza podczas konferencji prasowej – akurat takiego, który pracuje we Włoszech, więc niepowiązanego układami z PZPN-em – skompromitował się odpowiedzią, że dziwne zestawienie składu na mecz z Włochami to efekt patrzenia pod kątem przyszłych eliminacji do Mistrzostw Europy. Prezes PZPN-u Zbigniew Boniek publicznie wypowiadał kocopały, że chorzowskie przegrane wcale nie muszą być dla nas kosztowne sportowo, bo „to wstyd, żeby Niemcy musiały grać z Armenią”, gdyż nasi zachodni sąsiedzi też najprawdopodobniej spadną z Dywizji A rozgrywek. A z kolei Robert Lewandowski bez cienia refleksji powiedział, że on „nie wie o co chodzi z tą Ligą Europy”. Krótko mówiąc – to były mecze o nic, więc trener miał prawo eksperymentować składem, a my mieliśmy prawo grać bez ładu i składu.

Nie będę tu wstawiał argumentów świadczących o czymś dokładnie przeciwnym, bo zna je każda osoba, która choć trochę interesuje się piłką reprezentacyjną. Po prostu – niestety widać, że po obiecującym wrześniowym meczu w Bolonii wracamy do czasów rodem z kadencji Waldemara Fornalika. Toporna gra w wykonaniu topornych zawodników nie może przynieść innego efektu. Czego jednak nie dostrzega ani trener kadry, ani prezes związku. Ich zdaniem wszystko jest pod kontrolą, a dowiodą tego wiosenne eliminacje do EURO.

Bardzo możliwe, że finalnie się na to EURO zakwalifikujemy. Przy czym nie będzie to efekt naszej wspaniałej gry, tylko ogrania zespołów, których poziom mimo wszystko jest niższy od polskiego. Jednakże potem znowu przyjdzie weryfikacja na poziomie mistrzowskim i skutki otrzymamy podobne do mundialowych. Niestety Jerzy Brzęczek błądzi i wydaje się, że nie ma pomysłu, jak z tego zaklętego kręgu wyjść. Zbigniew Boniek bardziej myśli o przyszłorocznym Mundialu U-20 w Polsce niż o obecnej sytuacji, a piłkarze… sprawiają wrażenie, jakby ich to nie dotyczyło. I pewnie gdyby było to możliwe, faktycznie usunęliby październik z kalendarza.

Zamość onLine / 2018-10-17