Nie taka niepotrzebna zmiana


Może ktoś z Państwa uzna, że w niniejszym tekście poruszam problem godny sezonu ogórkowego, ale dwa razy do roku staje się on jednym z wiodących w mediach. Co więcej, dzieje się tak w okresie, gdy zazwyczaj nie ma problemu z wyborem bardziej palących tematów, zatem można chyba stwierdzić, że wbrew pozorom nie należy do błahych spraw.

Mówi się o nim zawsze w okolicach ostatniego weekendu marca oraz ostatniego weekendu października. W marcu przy okazji przesuwania wskazówek zegarów o godzinę do przodu, zaś w październiku – do tyłu. Za każdym razem słyszymy wówczas utyskiwania, że to zwykłe zawracanie głowy, że operacja zmiany czasu może i miała sens wtedy, gdy ją wprowadzano, ale teraz nie ma najmniejszego i że bez problemu radzą sobie bez tego Chińczycy, Japończycy, a od niedawna również Rosjanie i Turcy. No i oczywiście przy tej okazji zawsze można przeczytać stosowny fragment z jednej z powieści Suworowa, gdzie dowodzi się, iż sezonowa zmiana czasu to dowód na władzę ścisłej grupy nad masami.

Ujmę to w następujący sposób – jeśli miałbym uznawać którykolwiek z przytoczonych argumentów za sensowny, to wyłącznie ten o zawracaniu głowy. I to tylko dlatego, że odpowiadanie na pytania całej rodziny po kilkakroć na te same pytania (kiedy to będzie, co robimy ze wskazówkami etc.) ma właściwości maksymalnie denerwujące i domyślam się, że nie tylko ja tak mam. Bo te reguły naprawdę nie są skomplikowane i można się ich bez problemu nauczyć. Zwłaszcza, jeśli żyje się na tym świecie dłużej niż kilka lat. A to, że informacja o zmianie czasu większość społeczeństwa – jak można przeczytać – zaskakuje w najmniej spodziewanym momencie, z całym szacunkiem, ale świadczy raczej o społeczeństwie.

Owszem, bezpośrednie względy ekonomiczne też nie przemawiają za utrzymaniem obecnego stanu rzeczy. Dziś wszystkie maszyny i instalacje są tak zaprogramowane, że nie ma dla nich dużego znaczenia czy pracują w dzień, czy w nocy. Doba i tak summa summarum będzie miała zawsze 24 godziny. Sęk w tym, że pośrednio skutki dla naszych organizmów – a co za tym idzie dla gospodarki – już dostrzec można. I naprawdę na dłuższą metę są dowodem na większe pozytywy bieżącej sytuacji.

Czy to się nam bowiem podoba, czy nie, ludzki organizm zdecydowanie lepiej funkcjonuje w dzień aniżeli w nocy. Oznacza to, że racjonalnym działaniem jest maksymalne wydłużenie tego dnia w okresie normalnej aktywności człowieka. Z tego powodu latem w naszym interesie jest możliwie późny zachód słońca. Wtedy jest nam całkowicie obojętne czy słońce wzejdzie o godzinie trzeciej, czy drugiej, ale korzystniejszy jest zmierzch o godzinie dziewiątej wieczorem aniżeli ósmej. Mogą to potwierdzić w zasadzie wszyscy ci, którzy utrzymują się z działalności sezonowej – im później słońce zachodzi, tym ludzie są dłużej aktywni, a tym samym bardziej skorzy do korzystania z tego rodzaju usług.

Co innego zimą. Wtedy pogoda wysoce nie sprzyja chętnemu podnoszeniu się z łóżek i aktywności na każdym polu. Z tego powodu lepiej jest, gdy robi się jasno już o siódmej rano niż o ósmej. Tak, na zachodzie kraju brzask dnia pojawia się później, ale i tutaj pozostawianie go jeszcze na kolejną godzinę nikomu służyć nie będzie.

Bawią mnie argumenty, że „po zmianie czasu człowiek przez kilka dni chodzi skołowany i nie wie która jest godzina”, bo w dzisiejszym świecie to naprawdę nie jest problem. Przynajmniej nie dla tych, którzy bardzo często przekraczają granicę naszego kraju z państwami byłego ZSRR lub latają na Wyspy Brytyjskie. Nie przesadzajmy, przesunięcia wynoszą tylko godzinę.

Komisja Europejska już zajęła się tym jakże palącym problemem społecznym. I wiele wskazuje, że da temu pomysłowi zielone światło. Wtedy czekać nas będą gorące debaty o tym, który czas pozostawimy – letni czy zimowy? I wiecie co? Dopiero ta sytuacja zobrazuje mechanizm, który przedstawił Wiktor Suworow. Choć akurat wyjdzie mu to całkowicie przypadkiem.

Zamość onLine / 2018-09-19