Kiedy reforma przechodzi w destrukcję, czyli powrót do Trójki


Kiedy ponad półtora roku temu tworzyłem tekst na temat ówczesnej sytuacji w Programie Trzecim Polskiego Radia, czułem przez skórę, że za jakiś czas do tej kwestii wrócę. I tak się dzieje dzisiaj, bo też i koleje losu sprawiają, że została przekroczona granica, za którą mogę uznać, że Trójka jest niszczona. W ubiegłym tygodniu swoje rozstanie z rozgłośnią ogłosili Artur Andrus i Robert Kantereit.

Cała sprawa rozpoczęła się jakieś dwa tygodnie wcześniej, kiedy to obaj dziennikarze otrzymali od władz radia zakaz pracy dla TVN24 jako konkurencji. Dla stacji, w której prowadzili lub współprowadzili programy od kilku bądź kilkunastu lat. Stowarzyszenie Wolnego Słowa wystosowało apel do zarządu Polskiego Radia, żeby wstrzymał się z tą decyzją do planowanego spotkania rad programowych wszystkich mediów publicznych. Prezes PR odmówił, Artur Andrus czekał do powrotu szefa swej rozgłośni z urlopu, aż wreszcie w ubiegły czwartek wybuchła bomba. Bomba, której odłamki według mnie rozerwały Trójkę w stopniu nieprzewidzianym przez jej decydentów.

Aby to wszystko zrozumieć, należy postawić trzy zasadnicze pytania. Po pierwsze: czy nałożenie zakazu pracy dla dziennikarzy poza Trójką było decyzją legalną? Po drugie: czy normalną? Po trzecie: czy właściwą? Dopiero po uzyskaniu odpowiedzi na wszystkie te kwestie można spojrzeć prawidłowo na ten problem.

Sprawa pierwsza nie podlega żadnej dyskusji. Żaden z zainteresowanych dziennikarzy ani ich kolegów nawet nie zasugerował, że ich przełożeni nie mieli prawa tak postąpić. Nie słychać, żeby próbowali dochodzić swoich racji na drodze sądowej, co w ostatnich miesiącach już przecież bywało i to z korzyścią dla pracowników (np. w przypadku Pawła Sołtysa). Pod względem prawnym zatem wszystko jest w jak najlepszym porządku. Zakaz pracy dla konkurencji jako taki też jest zresztą czymś całkowicie normalnym w dzisiejszym świecie. Wychodzi się z założenia, że po to pracownik jest zatrudniony, aby firmie pomagał, a nie szkodził. A praca dla innego podmiotu z tej samej branży jak najbardziej może zostać uznana za rzecz niepożyteczną. W zamian pracodawca oferuje wynagrodzenie na tyle godziwe, że pracownikom to się naprawdę opłaca. I wygląda na to, że sprawa rozbiła się właśnie o takie kwestie.

Proszę powyższego zdania nie traktować jako zarzutu wobec Andrusa i Kantereita. Pracuje się przede wszystkim po to, aby zarobić. Ani jeden, ani drugi nie występował w TVN24 za darmo. Za to każdy z nich przechodził w publicznym radiu okresy, w których cięło się wielkości etatów po kolei pozwalając na pracę w innych mediach tylko po to, aby dziennikarze sami z Trójki nie odchodzili. Kolejne zarządy wiedziały bowiem, że marka rozgłośni nie bierze się z niej samej, tylko z ludzi ją tworzących. To oni przyciągają słuchaczy. I tu dochodzimy do odpowiedzi na ostatnie z podstawowych pytań.

Wprawdzie władze radia miały pełne prawo zakazać dziennikarzom pracy dla TVN24, jednakże skutki dla zarządzanej przez nie firmy będą dużo gorsze, niż się spodziewają. Tu bowiem nie ma sytuacji, którą łatwo można wytłumaczyć, że pracownicy po prostu odeszli. To trudne zwłaszcza w przypadku Artura Andrusa, który jakoś odnalazł się w obecnej "trójkowej" rzeczywistości. Pracował nie tylko bez przeszkód, ale nawet rozwijał swoje pomysły. Wspomnę chociażby "Jednorazową piosenkę radiową", graną podczas wakacji w popołudniowym "Zapraszamy do Trójki" (polecam zwłaszcza genialny utwór o cioci w gablocie, śpiewany przez Dorotę Miśkiewicz, jaki wciąż można znaleźć w archiwum na stronie rozgłośni), a potem mającą stałe miejsce w piątkowej "Akademii Rozrywki". Robert Kantereit miał pewnie większy problem, ale i on dawał radę w swoich pasmach "ZdT". A teraz nie tylko dziennikarze zwolnili się z pracy, lecz i ich koledzy na antenie mówią wprost, że Trójka się kurczy. Albo uznali, że jedyną drogą do naprawy stacji jest protest nie tylko w formie pism czy wpisów na Twitterze, albo doszli do wniosku, że teraz nawet jeśli zostaną zwolnieni, to wyjdzie im na dobre.

Czy mają rację? Przypomnę końcowy fragment mego felietonu z kwietnia ubiegłego roku: "Może i Trójka poradzi sobie bez samego Jerzego Sosnowskiego, samego Marka Niedźwieckiego, samego Wojciecha Manna, samego Piotra Barona, samego Roberta Kantereita, samego Artura Andrusa, samego Marcina Łukawskiego, samego Dariusza Rosiaka czy kogokolwiek innego pojedynczego. Ale jeśli ci ludzie odejdą większą grupą, to będzie to oznaczało nie tylko kres "Klubu Trójki", "Zapraszamy do Trójki", "Trójkowej Listy Przebojów", "Markomanii", "W tonacji Trójki" czy "Raportu o stanie świata", lecz sprowadzenie Programu Trzeciego do roli rozgłośni bardzo niszowej, podtrzymywanej przy życiu jedynie pieniędzmi publicznymi". Wtedy w Trójce nie pracował jedynie pierwszy z wymienionych. Obecny wyłom będzie już naprawdę kosztowny.

Zamość onLine / 2017-11-08